Data dodania: 31/08/2025

Miasto Mrówek

Witajcie w Mieście Mrówek – innowacyjnej przestrzeni życia dla kolonii 2.0. Eleganckie osiedla z tarasami widokowymi dla strażników i dam dworu. Luksusowy Pałac królowej, górujący nad ulicami, chroniony przed wszelkimi próbami zamachu stanu. Na szczytach budynków, znajdują się wygodne lądowiska dla latających członków społeczności, które sprawią, że starty i lądowania jeszcze nigdy nie były tak gładkie. Wewnętrzne windy i dźwigi usprawnią transport, pozwalając robotnicom bezwysiłkowo przemieszczać się po przestronnych, wilgotnych piętrach, adaptowalnych pod hodowlę grzybów i mszyc. Zorganizowana struktura miejska zdecydowanie odbiega jakością od prowizorycznej, sezonowej “szałasowości” dostępnych w naturze rozwiązań.

Miasto Mrówek wnosi nowy, lepszy porządek, komfort i stabilizację.

***

W długi sierpniowy weekend wybrałam się na organizowany przez łódzką Rzeźbiarnię plener do Wyspowej Doliny. Przyjechałam na miejsce ostatnia i chciałam szybko nadgonić pracującą nad swoimi projektami ekipę.  “Pomyślałam, o czymś takim jak Miasto Mrówek”, rzuciłam bez przekonania, po krótkim spacerze w terenie.

 

(Widok z polany, Wyspowa Dolina 2025)

Szukałam jakiejś inspiracji na polanie. Szukałam podpowiedzi w lesie. Spoglądałam też z nadzieją w głąb doliny, ale szczerze mówiąc, poza „Miastem Mrówek”,  to za dużo w głowie nie miałam. To było moje pierwsze skojarzenie, gdy przeczytałam w opisie wydarzenia, że będziemy działać w nurcie Land Artu – Sztuki Ziemi… nie do końca mi znajomej. Miasto Mrówek zaistniało w mojej głowie jak sygnał, czy melodia, z której się nie da otrząsnąć. Mrówki – mali leśni budowniczy. Taka myśl natrętna, nie dawała mi spokoju. 

Mimo, a może dzięki absurdalności pomysłu, okazał się on silną “dźwignią wyobraźni” i wywołał sporą dyskusję. Co by mogło być w takim mieście, jakby wyglądało w nim życie, co na to same zainteresowane? Widząc entuzjazm kolegów rzeźbiarzy, postanowiłam włączyć się w rozważania.

Koncepcja budziła we mnie rodzaj wewnętrznego drżenia – oscylowania między tym, jak bardzo chcę podjąć wyzwanie i zobaczyć efekt, a pytaniem “po co?”.

“Po co Mrówkom Miasto?” 

Postanowiłam zadedykować projekt temu pytaniu. Może Miasto Mrówek nie ma sensu, a może jakieś sensy odkryje w połączeniu z odkrywaniem Sztuki Ziemi? 

Na placu budowy

Na polanie Wyspowej Doliny zalegało, czekając na usunięcie, wiele zbutwiałych pni – elementów, które kiedyś były częściami płotu, lub sceny koncertowej. Teraz, po spełnieniu swojej funkcji, sfatygowane od wilgoci, wiatru, słońca, przeżarte przez pleśń, grzyby i owady, ich formy ulegały powoli rozpadowi. Z punktu widzenia konstrukcyjnego, swoje lata świetności miały już za sobą. ale z punktu widzenia kreatywnego recyklingu, lata świetności dopiero nadchodziły! 

Momentem startu mojej budowy było odnalezienie tej pierwszej, doskonałej, przynoszącej na myśl Empire State Building, kłody. Perfekcyjny punkt orientacyjny przyszłego imperium. Następnie, wystarczyło wytyczyć przestrzeń miasta, ustawić pierwszy budynek i rozpocząć wokół chaotyczne działania urbanistyczne i rozbudowę. Proste.


Budowa Miasta Mrówek zaplanowana była na 3 dni. Plan obejmował stworzenie śródmieścia łączącego w sobie Nowojorską panoramę z przyjazną estetyką termitiery. Z biegiem konsultacji rzeźbiarskich z Maćkiem Kusem prowadzącym plener, do projektu wprowadzałam więcej samodzielnie wyciosanych elementów geometrycznych, które w znaczący sposób kontrastowały z organiczną fakturą “budunków”. Wprowadzając na szczytach detal –  wyraźną oznakę intencjonalnej ludzkiej interwencji w zbutwiała tkankę drewna – szukałam wizualnego języka, który odda wpływ na zmianę. Małe domki i luksusowe apartamenty z widokiem na całą polanę, był dowodem świadomego procesu projektowego, a nie dziełem przypadku, czy naturalnych procesów żywego ekosystemu. 

Wraz z rozwijającym się miastem, moje wewnętrzne drżenie przyjmowało na intensywności.

Obserwowałam uciekające z podnoszonych przeze mnie kłód, owady, które w panice opuszczały swoje miejsca pobytu. Różne nieznane mi robaczki, żuczki, a nawet i … mrówki, czmychały we wszystkich kierunkach. Pomiędzy drewnianymi balami a trawą, powstała przy ziemi, naturalnie chroniona przed słońcem, wilgotna zaciemniona przestrzeń, w której roiło się od wielkich brązowych ślimaków i różowiutkich dżdżownic, zakopanych do połowy w spulchnionej glebie. Starałam się je delikatnie ściągać i odkładać w bezpieczne miejsce, ale nie oszukujmy się, nie każdym potrafiłam się zająć. Pewnie kogoś nie zauważyłam, kogoś odkleiłam za mocno, kogoś poturbowałam moją pomcą w relokacji. 

W końcu czas mijał, a miasto samo się nie zbuduje. 

Pomiędzy impulsami, które uderzały w poczucie nieprawomocnej interwencji w spokój innych istot, pojawiał się też inny coraz silniejszy zew. Głos, zagłuszał chwilami wątpliwości i ciągnął mnie ku efektowi. Wyżej, więcej, gęściej.Dosłownie, taki sen o potędze na zielonej polanie. Zaczęłam sobie wyobrażać co muszą czuć budowniczy i projektanci przy ogromnych inwestycjach. A 7 cudów świata? Dążenie do potęgi równej bogom? Doświadczyłam małego przebłysku mocy przy próchniejących 5 kłodach, to co to musi być za siła, gdy gra jest o znacznie wyższą stawkę. Być może to chciał przekazać Scorsese w ostatnim dość (bardzo) nieudanym filmie „Megapolis” (tak,zasnęłam). 

Kto choć raz nie budował miasta, choćby z klocków, lub wirtualnie w grze komputerowe, to zachęcam do eksperymentu. Sprawdźcie, jak dla Was smakuje to doświadczenie. A potem warto się nad nim chwilę zatrzymać.

Nie proste a złożone

To czego doświadczałam w trakcie budowy na polanie, to bycie w akcie świadomego wpływania na rzeczywistość. Świat Przyrody poddawany jest tzw. naturalnym procesom przemian, które działają według swojej nieludzkiej logiki. Morfują z jednego stanu w kolejny według zasad,  które badacze, myślicielki, artyści, matematycy, dzieci starają się to opisywać najlepiej jak potrafią, z różnym skutkiem. Świadoma interwencja projektowa, to domena bardzo ludzka. Wybieramy wprowadzenie nowego elementu do rzeczywistości lub przetworzenie jej, aby wywołać upragnioną zmianę. Również z różnym skutkiem, często odbiegającym od przewidywanego. 

W duchu myślenia projektowego, możemy rozpatrywać realizację projektu przez pryzmat szans i ryzyk, wykonalności technologicznej oraz złożoności sytuacji, w której ma zaistnieć zmiana. Możemy rozwarstwiać sytuacje na sieci zależności i wartości grup interesu, które poruszymy zmianą. Możemy definiować i badać ich siłę, zasoby, potrzeby i wagę. Tak się przynajmniej przyjęło rozważać “interesariuszy projektu” w świecie m.in. designu. Wraz ze wzrostem skali wpływu zmiany na stan zastany, rośnie złożoność i mnożą się grupy interesu, a nierównowaga sił pogłębia się. 

W praktyce działań projektowych, niektórych interesariuszy projektu można nie zauważyć, nie usłyszeć, a w sytuacjach gry nieczystej – celowo pominąć. Ten kto definiuje projekt i jego interesariuszy wchodzi w rolę kształtującego rzeczywistość i próbuje rozegrać swoją o niej opowieść. To może zadziałać, a przynajmniej trwać, do momentu, w którym, nie pojawi się opór ze strony tych, którzy niosą inną opowieść. (Tak, jak na przykład w islandzkim  filmie „Kobieta idzie na wojnę” Polecam!)

Wyobrażam sobie, że rozbudowywane i modernizowane miasta, są arenami dla konkurujących opowieści, każdego dnia. Od tych małych sporów o ławkę na podwórku, po trudne historie całych społeczności i walki o zachowanie swojej tożsamości. Wszystko w kontekstach globalnych potrzeb, kryzysów i niedostrzegalnych gołym okiem sieci gospodarczych i politycznych powiązań. Mieszkając w mieście ciężko nie być w coś uwikłanym, nawet bardzo się starając. Miasta, przez swoją niehomogeniczną strukturę, to szerokie pole dla tysięcy zderzających się interesów. 

Myślenie o tym całym napięciu w tkance miasta, może odebrać oddech. Opór na niekonsultowane zmiany przyjmuje różną formę. Sztuka coraz częściej odgrywa ważną rolę w procesach negocjacji. 

Jedną z takich opowieści, usłyszałam kilka lat temu.

Elephant and Castle

Na początku 2020 roku w ramach drugiej edycji projektu edukacyjnego Co-design Your Place, wzięłam udział w tygodniowych warsztatach designu spekulatywnego w szkole artystycznej London College of Communication. W tym kilkumiesięcznym projekcie realizowanym przez Fundację Stajnia, LCC i Copenhagen Students’ House, występowałam w roli badaczki, obserwując i opisujac proces pracy międzynarodowej grupy projektantów nad wyzwaniami rewitalizacyjnymi w wytypowanych przestrzeniach. W takim właśnie kontekście, na miesiąc przed wybuchem pandemii, poznałam londyńskiego Słonia i Zamek.

Elephant and Castle , obszar Londynu absolutnie mi wcześniej nie znany, to przestrzeń wokół ogromnego rondo, gdzie mieszczą się budynki mieszkalne, mieszkania socjalne, przestrzenie usługowe, jak również campus London College of Communication, kino i stacja Metra. Obszar miasta historycznie sięga średniowiecza, a sama nazwa pochodzi od osiemnastowiecznego zajazdu znajdującego się na rozdrożu dróg w tym miejscu. 

Na pierwszym rzut oka, wielkomiejski rejon jak wiele podobnych. Podczas spotkań z mieszkańcami zwrócono jednak naszą uwagę na toczącą się wówczas dużą przemianę dzielnicy i agresywne inwestycje deweloperskie na tym terenie. Faktycznie place budowy otoczone wielkimi banerami promującymi nadchodzące zmiany, mapy i wizualizacje projektowe w pierwszej chwili skutecznie odciągały uwagę od serca tego miejsca. 


(Elephant and Castle, Londyn, Luty 2020)

W Elephant and Castle żyje największa część społeczności latynoamerykańskiej Wielkiej Brytanii. Wskazany na zdjęciu malutki Słonik z Zamkiem, symbol dzielnicy, zdobił wejście do centrum handlowego, w którym kręciło się życie społeczne wielu mieszkańców. Małe sklepiki i usługi o charakterze lokalnym, przyciągały swoim tradycyjnym asortymentem i ofertą. Prowadzone przez sprzedawców z Kolumbii, Peru, Boliwii,czy Ekwadoru kultywowały fragmenty znajomej kultury, współtworząc ważny, nowy kontekst dla wymiany i budowania relacji. 

Jak się okazało podczas spotkań z lokalnymi działaczami, to właśnie Centrum Handlowe w planach przebudowy, miało zostać usunięte. Prężnie działająca lokalna inicjatywa Latino Elephant zrzeszająca aktywistów i mieszkańców w działaniach na rzecz dzielnicy, walczyła aby zapobiec dewastacji miejsca. Zaprzęgając do tego różnorodne środki, szukano skutecznego sposobu na przemówienie do decydentów zmiany. 

Jednym z podjętych działań była współpraca z artystką związaną z London School of Communication – Luise Vormittag – która wraz z mieszkańcami zrealizowała projekt “Walking the Elephant”.

(Screenshot https://latinelephant.org/walkingtheelephant/ Strony projektu autorstwa Luise Vormittag)

Ówczesna doktorantka University of the Arts London, prowadziła konsultacji z mieszkańcami wykorzystując etnograficzne i artystyczne metody badawcze. Dzięki temu zbliżała się do zrozumienia ich połączenia z miejscem i pomagałą zabrać głos w jego obronie. Dlaczego to działanie było to ważne? W dużej mierze – jak podkreślała podczas prowadzonego dla nas wykładu Luise – istotnym czynnikiem w dyskusji o zmianie okazał się język. Wielu mieszkańców nie posługiwało się angielskim na takim poziomie, aby móc wyrazić swoją opinię i podjąć rozmowy w kontakcie z prowadzącymi działania deweloperami. Dzięki wykorzystaniu przez artystkę metod wizualizacyjnych i rysunkowych, mogli oni pełniej opowiedzieć swoją historię. Dzięki znajomości hiszpańskiego Luise moderowała spotkania, po których powstałą cyfrowa dokumentacja opowiadająca o wpółnym życiu w Elephant and Castle, również tym toczącym się w Centrum Handlowym. Wykorzystując ilustrację jako swoje medium, Artystka stworzyła ilustrowaną interaktywna stronę projektu oraz serię ulotek, który wyrażał to co udało jej się zebrać w pracy z mieszkańcami. 

Ogromnie mnie zainspirował ten projekt i wielokrotnie polecałam go, jako przykład społecznie zaangażowanej pracy badawczo – artystycznej. Polecam pokręcić się po stronie projektu i zobaczyć finalne ilustracje. 

Pisząc ten tekst, wróciłam do znajomej opowieści, aby poznać jej dalszy ciąg. Według informacji znalezionych w sieci na stronie Latino Elephant, działania aby uchronić Centrum Handlowe, nie odniosły zamierzonego skutku. Po 6 latach kampanii na rzecz utrzymania miejsca, Centrum zamknięto w 2022 roku. W zamian powstało coś nowego po przeciwnej stronie ulicy, gdzie częściowo relokowano sprzedawców.

Sukcesem konsekwentnych działań Lantynowskiego Słonia jest zbudowanie silnej opowieści. Potrzeby zostały dobitnie wyrażone i usłyszano o nich wtedy, i słyszycie o nich dziś. Jak opisują to sami działacze –  czują się dumni, że udało im się przez cały proces trwania negocjacji przytrzymywać developerów odpowiedzialnych za wprowadzane zmiany.

„…we feel proud to have held developers Delancey and Southwark Council accountable throughout this long process. Every single concession was fought for tooth and nail, with the retention of small businesses in the main relocation sites…” 

Być może (nieśmiało parafrazując Neila Gaimana) opowieść, aby trwać, nie potrzebuje dominować, ale potrzebuje tych, którzy w nią wierzą… i konsekwentnie, idą obok innych opowieści, zaznaczając swoją obecność.

Powrót do Ziemi

Po powrocie z pleneru, trochę poszperałam, żeby mieć jakiekolwiek pojęcie o Land Arcie. Obejrzałam między innymi film dokumentalny Waldemara Januszczaka, o kultowych i starożytnych land artowych projektach, oraz poczytałam o założeniach, które przyświecały temu nurtowi.  

Land Art zrodził się z krytyki wobec komercjalizacji sztuki. Wpływ na niego miały również rodzące się w tym okresie silne ruchy ekologiczne i tendencja do odrzucania życia miejskiego, na rzecz fascynacji wszystkim co zdawało się łączyć z życiem wiejskim i przyrodą. Prace wpisywane były i są w naturalny krajobraz, najczęściej w materiałów i zasobów czerpanych bezpośrednio z przyrody. 

Co mnie w pierwszym kontakcie zaskoczyło, to w obliczu tych założeń, skala wielu ikonicznych już prac land artowych, które przeglądałam. To nie są proste rzeczy. To często potężne, masywne projekty, wymagające ogromnego zaangażowanie ludzi i zasobów, aby mogły zaistnieć. 


(Spiral Jetty, Robert Smithson, 1970 źródło: Wikipedia)

Prace w nurcie Land Artu, to również projekty, które istniejąc poza przestrzeniami galeryjnymi, i w założeniu kwestionując tradycyjny rynek sztuki, wpływają na rozwojów nowego rodzaju rynku – rynku doświadczenia. Powstają często dzięki bogatym sponsorom, fundacjom, czy zbiórkom i aby móc ich doświadczyć, trzeba się niekiedy wybrać na prawdziwe wyprawy w głąb kraju. 

Ziemia, jak się okazuje ma w tym temacie również coś do powiedzenia. Projekty land artowe morfują, ulegają transformacji, ze względu na naturalne procesu, które wokół i na nich zachodzą. Zarastają, są zalewane, zmieniają kolor i kształt. W zależności od sezonu i pory dnia w jakim je odwiedzimy, mogą prezentować się zupełnie inaczej. Twórcy i artystki wpisują tą możliwość w swoje interwencje artystyczne i prowadząc dokumentację fotograficzną mogą zarchiwizować pierwotną koncepcję, zanim ulegnie wpływowi Ziemi. Zdarzają się również prywatni kolekcjonerzy, którzy wykupują ziemię pod projekt, lub zapraszają artystów do wielomiesięcznej pracy na swoich terenach, aby móc posiąść Sztukę Ziemi.

Wpływ Ziemi na posiadaną sztukę może być rozczarowujące dla kolekcjonerów i posiadaczy dzieła, którzy wyobrażali sobie zupełnie inaczej tę opowieść.  

“The process of commissioning, which is somewhat open-ended, always has challenges, always has problems to solve. Physical problems; drainage and weather problems. Decay problems. Animal problems! There’s always a problem that you have to solve along the way, and the collectors are part of that (…).We have sold some works that [are inherently prone to dissolution], but even the special collectors often get nervous when the work actually does disappear and morphs into something else.”

Mary Sabbatino, Vice-President, Gallery Le Long

Krater czy Linia

Ziemia, to intrygujący wybór na bezpośrednią współtwórczynię. Rodzi się pytanie, co dzięki tej współpracy Artysta może chcieć ukazać? 

“My desire is to set up a situation to which I take you and let you see. It becomes your experience.” 

James Turrell

James Turrell, słynny Amerykański twórca, od lat 70tych realizuje wizję, która pochłonęła już dekady intensywnej pracy i najpewniej dzikie miliony dolarów (od grantu Fundacji Guggenheim poczynając). Artysta, pragnie stworzyć naturalne obserwatorium. Aby (dosłownie) dotknąć gwiazd, kupił i zagospodarowuje wygasły wulkan. Roden Crater, to projekt w Północnej Arizonie, który od ponad 40 lat kształtowany jest we wnętrzu wzgórza. Powstające tam komnaty, tunele i amfiteatr to kolosalne przestrzenie, estetyką przypominające scenografię z Diuny. Imponująca skala obserwatorium przywołuje na myśl starożytnych budowniczych, a i sam Turrell odwołuje się do takich inspiracji jak Machu Picchu w swojej opowieści, mówiąc “I do like the place, that have powerful quality. What is that quality I’m not sure?”

Ja też nie wiem jaka jest jakość miejsca mocy, ale nie mogę zaprzeczyć, że projekt, nawet oglądany w oknie przeglądarki, zapiera dech. Jak twierdzi sam artysta, tylko podczas spaceru wewnątrz największego na świecie teleskopu jego koncepcji, możemy doświadczyć zjawisk fizycznych i astronomicznych, o których uczyliśmy się w teorii.

“In order to care for something you have to notice it”.

Amanda Thompson

Tak się układa, że mniej więcej w tym samym czasie, gdy Turell, być może, zaczynał już szkicować swoją wizję panowania nad światłem, Richard Long wyruszył na spacer. W 1967 roku, Brytyjski rzeźbiarz, ikona wczesnego land artu, zainicjował projekt, który rozwinął się w wieloletni proces rzeźbiarski w przyrodzie.

“A line made by me walking” to wczesna praca artysty, udokumentowana w formie zdjęcia.  Long formuje linię swojego marszu, z dostępnych na trasie materiałów. Pierwsza linia była wygnieciona w trawie gdzieś na polanie pod miastem, inne linie wytyczone zostały z kamieni Szkocji i  Peru, oraz wytarte w piaskach Boliwii. 

Z projektem Richarda Longa spotkałam się już wcześniej. Zapamiętałam go, przez jego specyficzną “powerful quality”. Moc w zwróceniu uwagi na swój ślad. Siłą “A line made by me walking” jest dla mnie akt zapamiętania przejścia jednego człowieka po fragmencie Ziemi. 

Podobnie postrzega do artystka Amanda Thompson, komentując pracę Longa, jednocześnie sama pracująca nad fascynującym projektem. Aby o coś się troszczyć, musimy to najpierw zauważyć. 

Mały wielki finał

Opisane powyżej projekty, jak i moje niedawne doświadczenie budowy Miasta Mrówek układają się w refleksję nad wpływem zmian.

Działania Land Artowe ujawniają jakiś paradoks pracy z Ziemią, tak jak każdy akt wprowadzania zmiany w zastaną rzeczywistość to forma paradoksu. Nawet spokojny spacer po łące wywiera wpływ. Idąc w jakimś celu, a nawet i bez celu –  zmieniamy Ziemię pod naszymi stopami. Spacer po łące, może też zmienić coś w nas. 

Projekt przebudowy w mieście, może coś usprawnić, ale może być też aktem przemocowym. W złożonej rzeczywistości jest najpewniej jednym i drugim w zależności od perspektywy.

Akt wpływu, nie pozostaje obojętny. I niesie ze sobą różne sensy, których możemy nie zauważyć.

A co jeśli Turell pokazuje nam nie kosmiczną rzeczywistość, tylko perspektywę mrówki? W końcu krater wulkanu przypomina wielkie mrowisko. Być może siedząc w wybudowanych wewnątrz komnatach wielkiego teleskopu doświadczamy kosmosu, jak mrówka doświadcza widoku nieba przez szparkę w igliwiu? A co jeśli skalna linia spaceru Richarda Longa w Peru, łączy się z tą ilustrowaną, którą wytyczali Peruwiańczycy chodząc po swoim Słoniu i Zamku w Londynie? A co jeśli wszystko jest iluminacją?  

Miasto Mrówek zaprowadziło mnie do tego zamieszanego miejsca, w którym zaczynam przebierać ziarna sensu. Wraz z budową miasta z fragmentów drewnianego płotu, wzniosła się również nowa opowieść z fragmentów nowych doświadczeń, wspomnień, fantazji i informacji. Chciałabym wierzyć, że pojawiła się też realna i praktyczna potencjalność na polanie. Niektóre gatunki mrówek zakładają mrowiska w zbutwiałych drzewach. Nowe królowe albo walczą i zabijają aktualną, albo odchodzą, aby założyć własne kolonie. W przyrodzie  toczy się niekiedy prawdziwie krwawa walka o przetrwanie. Być może małe królewskie interesariuszki trafią do Miasta i je zasiedlą. Czemu ten scenariusz miałby nie być prawdopodobny?


(Miasto Mrówek, Agata M. Nowak, Wyspowa Dolina 2025)