Data dodania: 28/12/2025

Plan bez celu

Refleksje i analizy to domena zagubionych. Zostawmy je filozofom.

Andrzej W. Sawicki “Szpony i Kły”

Niektóre teksty nie chcą pojawić się bezpośrednio po opisywanym doświadczeniu. Czasem, tygodniami zbierane na marginesach zeszytów zbitki myśli, nie dają się łatwo uporządkować. Każdy powód wydaje się doskonałą wymówką, żeby z pozornego braku czasu wracać do codziennej rutyny i dać się rozproszyć. Przecież co mi szkodzi jeden więcej dzień zwłoki? Po co się zmuszać? Lepiej posłuchać wróżby ze szczurka od herbaty – “Don’t control it, allow it”. 

No i już. Czar zadziałał. Zasiadam w nieznośnej strefie komfortu. To skuteczne unikanie perspektywy dodatkowych godzin siedzenia przed ekranem, pisania i korygowania treści, ale jednak wciąż delikatnie kłuje i uwiera. Coś domaga się domknięcia. Ciężar niedokończonego zadania. 

Choć to jest praca pod presją tylko własną, to staram się wytrzymać niedopowiedzenie. Daję sobie przywilej czasu na zastanowienie i pogubienie w wątkach. Odkrywam, że w przypadku działań twórczych, sprawdza się nieraz dłuższa wegetacja. Czasem to chwila posiedzenie pod ciężarem niedokończenia i zajęcie się innymi sprawami. Innym razem to popełnienie kilku nieudanych szkiców i zarzucenie prób. W końcu jednak, przychodzi ten moment połączenia pozornie przypadkowych czynników, które odblokują zawieszone sprawy, objawiając propozycje nowych perspektyw. To niewymuszony, nagły sygnał, który wzywa do  integracji myśli w spójną opowieść. Wszystkie dotychczasowe podejścia w końcu zaczynają razem pracować. Nie dlatego, że trzeba, ale dlatego, że jest gotowość. 

Tak jak dziś. 

The Journey so far 

Kilka, może kilkanaście minut po tym jak pojawiło się informacja  w formie Facebookowego wydarzenia o jesiennym kursie rzeźby w metalu, ja już zgłaszałam swoje zainteresowanie. Dość impulsywnie, nie chciałam przegapić szansy i stracić miejsca. Dodatkowo zdążyłam w tym roku poznać Rzeźbiarnię w Łodzi i styl pracy prowadzącego kurs Maćka Kusa, więc nie miałam wątpliwości, że warto. Nie miałam też żadnych wcześniejszych doświadczeń w tytułowym “cięciu, gięciu i spawaniu”, z czym wiązał się brak specyficznych oczekiwań. No może, nie licząc tego, że jak zawsze celowałam w stworzenie reprezentatywnej dla mnie pracy, która dla mnie będzie mieć znaczenie i sens. 

Na początku listopada, po powrocie z intensywnego tygodnia rzeźbiarskiego w Łodzi, zaraportowałam serią zdjęć, że oto przybyłam, poćwiczyłam i wyrzeźbiłam… a potem szybko ruszyłam do nowych tematów. W kolejnych tygodniach, podczas spacerowania między jednym zadaniem a drugim, rozważałam minione doświadczenia. Szczególnie ciekawe wydały mi się dwa wątki – rola twórcy jako ”kowala własnego losu” oraz idea formy, która sama sobą może się obronić. Trochę jak w teorii Witkacego? Być może.

Symboliczny kowal i całkiem realna stalowa forma, chodzili za mną, jednak nie potrafiłam ich sobie w sposób satysfakcjonujący opowiedzieć. Wciąż coś nie pasowało. Wszystkie próby analizy wydawały się miałkie, lub przegadane. 

Nawet zaczęłam szkicować teksty nawiązujące do wizualnie podobnych form do mojej, powstających u różnych ludów pierwotnych (na przykład maski rytualne Dogonów w Mali). Poszukiwałam zrozumienia w samym rzemiośle, między innymi w powszechnie przypisywanym kowalom cechom takim jak determinacja i samodoskonalenie się. Podczytywałam mitologiczne bryki o Hefajstosie i Swarogu, próbując przyłożyć uniwersalną wymowę tych postaci na dziś. Wszystko, okazywało się droga donikąd. Przekombinowane. 

 “Miał być Patos, wyszedł Portos”, cytując youtubowy klasyk recenzji polskich filmów klasy B. 

Tymczasem mijały tygodnie i przyszły święta. Zanurzyłam się powoli w piernikową hibernację, gdy naraz, mój wewnętrzny medalion zadrżał. W trakcie wieczorów spędzonych na lekturze zprezentowanych mi opowiadań ze świata Wiedźmina, zaczęłam odkrywać na nowo iskry, żar i uczucie wyginanie stali w dłoniach. 

Potrzeba było ponownej koniunkcji sfer i rozprawienie się z kilkoma potworami, aby odzyskać klucze do tej historii.

Nowy świat, nowa zbroja

Wyruszając szlakiem nowej przygody, warto skompletować odpowiedni ekwipunek i uzbroić w odpowiednią odzież wierzchnią. Niezbędne elementy stroju, oraz przybory i narzędzia, będą nie tylko przydatne, a mogą nawet uratować życie. Wpasowanie się wizualne w nowy kontekst jest niekiedy wyborem osobistym, ale w przypadku pracy z obróbką metalu, odpowiedni strój to jest wymóg bezpieczeństwa. 

Moje oporządzenie przed rozpoczęciem pracy składało się z ubrania roboczego (koniecznie z długimi rękawami i nogawkami, a jak się szybko okazało, przydałby się też golf), rękawic żaroodpornych, okularów, maski, oraz  słuchawek ochronnych (fakultatywnie). 

Jak widać na załączonym obrazku z pierwszego dnia kursu, można dostrzec entuzjazm nowicjuszki i nieprzypadkowe podobieństwo do błędnego rycerza przygotowującego się do polowania na złotego smoka. 

I jest w tym obrazie wiele prawdy. Każdy z elementów mojej “zbroi” miał na celu ochronę przed językami lawy, porażeniem prądem, oślepiającym blaskiem i nadmiarowymi decybelami. Psychodeliczne koty na bluzie stanowiły ekwiwalent magicznej kolczugi i miały zostać wykorzystane do odwrócenia uwagi przeciwnika. Inaczej, rzecz biorąc, pierwszego dnia nie do końca poważnie podchodziłam do tematu. W odróżnieniu od błędnego rycerza, który nawet nie zdążył się zająknąć, gdy padał od uderzenia smoczego ogona, ja nie miałam zamiaru z niczym walczyć… poza może własnymi wątpliwościami, niosąc na sobie kolorowe koty dla kurażu.  

Rzadko miewam doświadczenie niecodzienności odczuwania siebie w ubraniu. Rzadko się czuję w swoim ubraniu nieswojo. Nie mam powodu zawodowego do noszenia munduru, ani stroju służbowego. Unikam jak ognia (sic!) krępujących ruchy strojów biznesowych, a podczas pracy w warsztacie zakrywam swoje codzienne, raczej wygodne ubranie, jedynie lekkim fartuchem. Zatem, mogę pewnie stwierdzić, że zwykle w różnych sytuacjach, mój strój nie narzuca mi swojej woli.

Tym razem, podczas tygodnia pracy, elementy stroju roboczego, zrastały się ze mną i stawały nieodłączną częścią procesu kreatywnego. Wchodząc popołudniami do Rzeźbiarni, odcinałam się grubą, ognioodporną kreską od tego co przyniósł mi dotychczasowych dzień, wdziewając na siebie “zbroję”. Od momentu założenia rękawic i maski, stare światy zacierały się, a ja przez kilka godzin stawałam się trochę inną wersją siebie – bohaterką, w krótkim opowiadaniu o spawaniu.Obudowana od stóp do głów, z zawężonym polem widzenia, schowana za ciężką maską utrudniającą spontaniczne ruchy głową, czułam się stabilniejsza, ale fizycznie odczuwałam, że kosztem tej ochrony jest zmniejszona swoboda.

Do tego doświadczenia narzuca mi się kilka skojarzeń. 

W “Dzienniku Geniusza” Salvadora Dali, autor opowiada ciekawą historię (Swoją drogą, już sam tytuł publikacji może sugerować w jakim tonie autor prowadzi swoje wywody).

W jednym fragmencie Dali opisuję poranną wizytę gościa w swoim domu. Artysta decyduje się przywitać gościa dopiero, gdy “ubierze na siebie strój Dali’ego”. Dodaje, że bez swojego stroju, swojego stylu, nigdy nie pokazuje się publicznie. Nie tylko charakterystyczne wąsy, ale cała stylówka była skrzętnie dobrana za każdym razem, podkreślając ekscentryczną naturę twórcy. 

Związek ról społecznych, fluktuacji tożsamości, subkultur i ubioru to ogromnie ciekawy wątek w badaniach społecznych i kulturowych. W tym roku przesłuchałam w temacie relacji ludzi i ich strojów, kilku odcinków podcastu “Ludzie w Ubraniach” Karoliny Sulej, który tu w ramach dygresji polecam!

W ujęciu m.in. psychoanalitycznym nasz strój jest formą autoekspresji i wskazuje na to co chcemy opowiedzieć o sobie światu. Może też służyć jako zasłona i konstytuować naszą Personę – uszytą tak jak pragniemy żeby nas świat postrzegał, świadomie lub nieświadomie. Po prawdzie, pewnie jest i tak i tak, a może jeszcze inaczej.  

A tymczasem, w swojej nowej stylówce, Rycerka Spawarka herbu BHP, byłam gotowa do pierwszych wyzwań.  

Na treningowej ścieżce

Wyruszając w podróż, szczególnie jeśli to podróż w nieznane, warto zasięgnąć języka u tych, którzy nieznane często odwiedzają i znanym dla nich się staje. Mówiąc mniej baśniowo – zanim za coś się zabierzemy sami, posłuchajmy tych, którzy już to potrafią. A już idealnie, gdy mamy możliwość praktykować pod ich okiem. Co wcale nie oznacza, że taki proces jest mniej wymagający. Posiadanie mentora, to przywilej, ale nie zwalnia z potrzeby trenowania samemu. 

Początek mojego przysposobienia i treningu z narzędziami pracy, nie był najłatwiejszy. Mimo bezpiecznej “zbroi” zewnętrznej nie byłam zbyt szczelnie chroniona od środka. Nie obyta z hukiem, dymem, zapachem panującym w trakcie pracy ze stalą, odczuwałam spore pobudzenie nerwowe. Pierwsze dźwięki kątówki i piły do metalu powodowały u mnie podskakiwanie, nad którym nie potrafiłam zapanować. Ukłucia iskier spadających na głowę, nie powodowały radości jak zimne ognie na imprezie. Starałam się opanować paraliż i podchodzić do kolejnych prób cięcia, ale chyba trochę dysocjowałam i marudziłam na początku. Na szczęście pod maską, nie było widać zagryzania zębów.

„Nie chcę, nie umiem, to nie dla mnie”, walczyło z jakąś determinacją, że jak nie zacznę to się nigdy nie dowiem… no i jeszcze inni patrzą! Tylko jak zacząć, żeby tak przy sobie jednak, żeby nie przesadzić? Przecież to nie rycerski pojedynek na kopie, dziedziniec Kaer Morhen, ani polowanie na kikimorę.

Powoli, po każdym kolejnym przeciętym na pół stalowym profilu, opanowywał mnie większy spokój… a nawet śmiem twierdzić, poczucie satysfakcji. Zaczynało mi się to podobać, jak jakaś gra, której reguły dość szybko opanowałam. 

Po cięciu przyszła pora na spawanie. Tu również po początkowych podskokach i kilku oślepieniach, zaczynałam odkrywać drobne, gluto-podobne sukcesy. Pod koniec dnia, nawet ośmieliłam się na zbudowanie z kilku szczątków mojej pierwszej rzeźby – Dziworyby,  mirus piscis pospolitus. 

Nie zdezerterowałam. Umęczona, ale z nadzieją, weszłam w dzień drugi zajęć. 

Pół dnia poezji

Czytając zbiór opowiadań ze świata Wiedźmina – wydanych kilka lat temu w ramach konkursu wydawnictwa Nowa Fantastyka  – nie mogę wyjść z podziwu dla sprawnego pióra zebranych autorek i autorów. Nurtuje mnie, co wpłynęło na to, że tak wiernie wpisali swoje historie w ramy wykreowanego przez Sapkowskiego świata. Teksty momentami są nie do rozpoznania od oryginalnego stylu. Czy to za sprawą kunsztu pisarskiego i językowej finezji, czy może uniwersum wiedźmińskie i jego mieszkańcy, są tak wyraziści, że samodzielnie żyją w zbiorowej świadomości czytelników? 

A może to sama historia… sama forma tego świata jest tak dobra, że broni się w wielu interpretacjach. 

Te rozważania i brawurowa lektura, prowadzą mnie płynnie do następnego akapitu. 

Tutaj gdzie pojawia się forma.

Jak często przy okazji różnych warsztatów, również do Łodzi przyjechałam z listą gotowych pomysłów do wykonania w metalu. Nie wiem, co to w ogóle był za plan, ale bardzo szybko został zrewidowany. U Maćka na kursie, musiałam odłożyć szkicownik głęboko do plecaka i zacząć od niczego – od pustej kartki. 

Drugiego dnia kursu, zostaliśmy zaproszeni do aktywności kontrintuicyjnej w stosunku do tego, jak zwykle zaczynam pracę. Zamiast obracać w głowie i analizować pomysły, w celu wyłuskania z nich koncepcji do naszkicowania, miałam puścić się we flow energicznego rysowania. Dosłownie co mi do ręki przyjdzie. Bez wyraźnego celu, a w poszukiwaniu ciekawego kształtu. 

I tak właśnie. Najpierw była pustka. Potem wyłonił się pierwszy dość bezkształtny, maz na świeżej kartce papieru. Trochę od niechcenia, trochę na przekór. Pierwszy doodle. Szybko, coraz szybciej powstawały następne.

Jak wiadomo “lepiej bez celu iść przed siebie, niż stać w miejscu. A na pewno o niebo lepiej, niż bez celu się cofać”. 

Po dłuższej chwili szarpania się z wewnętrzą cenzurą, moje gryzmolenie nabrało tempa. Ze szkiców wyłoniła się forma, która nie była niczym konkretnym, a jednak była czymś budzącym ciekawość. Czymś z potencjałem na rzeźbę.  Samo ćwiczenie fajnie odblokowywało. Zabrałam je ze sobą jako ważną lekcją z kursu. Teraz metoda swobodnego szkicowania, “doodle’owania”, stanowi ważną część mojej praktyki koncepcyjnej, szczególnie gdy zafiksuję się na pomyśle i nie potrafię ruszyć z miejsca. 

Doodle dosłownie po angielsku oznacza czynność rysunkową wykonywaną absent-mindly. Szkic bez udziału umysły. Gryzmoł. A przecież, w takich właśnie bezmyślnych momentach, pojawiają się najlepsze pomysły! 

Okazuje się, że takie bezcelowe gryzmolenie na marginesach zeszytów, podczas rozmów telefonicznych, czy wykładów, jest również przedmiotem badań. Analiza doodle’i pozwala wyciągać wnioski o tym jak pracujemy, a nawet o tym jak myślimy. Więcej możecie posłuchać w podcaście Arts & Ideas w odcinku o fascynującym zjawisku “próżnowania”.

Tam również pojawił się ciekawy wątek rzeźbiarski. Brytyjski artysta Peter Rancall-Page, w swojej praktyce artystycznej wykorzystuje  rzeźbiarskie doodle’owanie w glinie. Szkicuje w glinie abstrakcyjne formy i wzory, a gdy tylko forma zaczyna coś powoli przypominać, odkłada ją na półkę i pracuje nad następną. 

Mój mały rysunkowy doodle był ważny kamieniem milowym w tej opowieści.  

Czy coś przypomina ten kształt? Może to jak z tą gruszką… gruszka też ma kształt.



Pierwsze spawy i ostatnie szlify

Po pobieżnym omówieniu szkicu, uznaliśmy, że siłą tej formy są jej proporcje, a docelowo krytyczna może okazać się jej skala. Po zwymiarowaniu kluczowych elementów projektu, wszystko już potoczyło się płynnie. Kolejne kroki wymagały uważności w pracy z materiałem, która pozwalała na bieżąco odkrywać duszę projektu i charakter finalnej formy.

Jajowata, lekko przekręcona bryła, składała się z dwóch części – owalu dużego i jego podstawy.  Mogła zostać uformowana na różne sposoby ze stali. Idąc za sugestią Maćka zdecydowałam się na żmudne docinanie grubego drutu i wyginanie do upragnionego kształtu. W tak stworzonym gęstym szkielecie, puste przestrzenie miały zostać zalane spawem, doprowadzając do utworzenia jednolitego obiektu. 

Szybko okazało się, że samo zbudowanie kształtu choć dość żmudne. nie przysparzało tylu wrażeń co następujące po nim godziny zalewania spawem wolnych przestrzeni między drutami. Wszelkie nadzieje, na ukończenie idealnie zalanej i wyszlifowanej  na błysk powierzchni podczas trwania warsztatu, wyparowały. 

Chciałam jednak zrobić jak najwięcej i wykorzystać jak najwięcej nowo poznanych narzędzi. W końcu już znałam podstawowe zasady tej gry…

Uzbrojona, wytrenowana, ostrożnie zaprzyjaźniona z giętarka do drutu, kątówką, spawarką, nożycami do metalu, ruszyłam w kolejne dni samodzielnej pracy. 

Nastąpił czas ostatecznej próby. Przyklejające się elektrody, mikrowybuchy, cudowne ocalenia przed groźnymi poparzeniami i rosnąca radość z narastającej formy. 

Potrafiłam wpadać w kilkudziesięciominutowe nagłe ataki spawacza pracują bez przerwy, aby następnie wyłanić się spod maski, ogorzała i z pewnym niepokojącym amokiem wymalowanym na twarzy. Szybko zorientowałam się jednak,  że warto robić sobie przerwy, bo można się odwodnić i srogo poparzyć.


Bryła, może nie jest kompletna jak w pierwotnej wizji, ale forma, skala, proporcje odtworzone zostały w stali.Doprowadziłam (przy wsparciu i nadzorze Maćka oczywiście), pracę do etapu, w którym można szlifować dalej, ale można też uznać, że w sumie to wcale nie trzeba. Że już jest całkiem spoko.

Wychodząc od impulsu, przebrnęłam przez szereg wyzwań i nauczyłam się zdecydowanie więcej niż tylko jak ciąć i giąć stalowe pręty. W końcu, wyniesione lekcje i doświadczenia ułożyły się w opowieść. 

Nie taką planowałam, ale taka właśnie wyszła.  Począwszy od pustej kartki, z planem bez celu.

Epilog

“Cel jest na końcu każdej drogi. Każdy go ma. Nawet ty, chociaż wydaje ci się, że jesteś taki inny.”

Andrzej Sapkowski, „Miecz Przeznaczenia”

Minęły prawie dwa miesiące od kursu. Koniunkcja sfer ponownie otworzyła portal dla mojej stalowej formy. Siedzę sobie i tak na nią patrzę.  Po tym dość długim wywodzie, aż ciężko nie dopatrzyć się w niej jakiegoś stworzenia z wiedźmińskiego realmu. Może to potwór wodny, albo niewyklute jeszcze jajo czegoś o skorpionowatym ogonie zakończonym trującym kolcem? A może to wielki pąk błękitnej róży, lub fragment statku atakowanego przez krakena? No sami powiedzcie, a nie? 

Ciekawe ile denarów nagrody król Radowid z Redanii obiecał za wyspawanie tej bestii?