Data dodania: 17/07/2025

Co to za zwierzę

Esej podąża jedną z możliwych ścieżek poszukiwania odpowiedzi na zagadkę. Nowe wątki i znaczenia wyłaniają się w miarę tworzenia projektu na wystawę ART Mejking i dzięki refleksji nad zmieniającym się miastem, inspirowanej pierwszym Gliwickim Biennale Sztuki. Nasz przewodnik kot pilnuje by nie zgubić drogi w gąszczu wątków i dygresji, choć króliczek, którego goni, zachęca do wpadnięcia do pierwszej napotkanej nory.

Przed początkiem

“Co to za zwierzę, które rano chodzi na czterech nogach, w południe na dwóch, a wieczorem na trzech?”

Zanim zasiądę do właściwego pisania, bawię się wyszukiwarką, trochę grając na czas. Najtrudniej jest mi zacząć. Zagadnięty Google nie gra w to samo co ja. Odpowiada szybko. To “człowiek”, mówi, jednocześnie wytaczając cały akapit o micie Sfinksa. Słynna zagadka opanowana przez algorytm wyszukiwania, ale ja nie daję się zbić z tropu. Pytam dalej, prowokując:

“Co to za zwierzę, które wyrzeźbione w żywej skale, domaga się dużych ilości uwagi?”

Odpowiedź znów szybko pojawia się na ekranie, ale żadna z niej pomoc. Google sugeruje dopasowanie wyszukiwania do realistycznych oczekiwań. “Wygląda na to, że ma żadnych dobrych wyników dla Twojego wyszukiwania. Użyj słów, które mogą występować na szukanej stronie.”  

A co jeśli nie mam oczekiwań co do słów, które znajdą się na stronie z odpowiedzią? To dobry moment, żeby zacząć je samodzielnie formułować… 

Co to za miejsce…

(projekt wkładki graficznej do Zina, towarzyszącego wystawie Art Mejking,  MORFIKA, Gliwice 2025) 

A co jeśli to pytanie to mniej “Q&A situation” a bardziej coś w rodzaju mapy abo gry? Dla celów tego eksperymentu załóżmy, że otrzymaliśmy taką dziwaczną mapę – planszę do gry, bez instrukcji obsługi – nie wiemy gdzie się kierować, kto z nami gra, ani nawet czy to realne miejsce. Poszczególne elementy pytania “Co to za zwierzę, które…” (patrz ilustracja) to drogowskazy. Na kolejnych pojawiających się pętlach, możemy zawisnąć i zawirować, lub przeskoczyć dalej za rodzącym się pytaniem, aż nasza ciekawość nie zostanie zaspokojona. Być może sami zaczniemy budować kolejne elementy i dodawać poziomy. W tym momencie, nie wiemy wiele więcej.

Tu nie ma łatwych wyjaśnień, a wchodząc na drogę poszukiwania, uważnie obserwujemy i spoglądajmy krytycznie na pojawiające się wątki.

Możemy wyruszyć sami, lub z naszą drużyną. Możemy przemierzać ścieżki i zakręty, na trzech, dwóch, a nawet czterech nogach, o każdej porze dnia i nocy. Mawia się czasem, że warto “zaufać procesowi”, ale moja rada –  zostawmy sobie odrobinę sceptycyzmu, żeby nie dać się zaciągnąć do króliczej nory (eng. “into the rabbit hole”) samemu, lub przez innych graczy.

Spróbujcie zakręcić kołem i podążyć za swoimi skojarzeniami, a ja dziś w ramach przykładu zapraszam na odkrytą przeze mnie ścieżkę.

Na początku było wirowanie

“Twoja głowa nie może wiedzieć dokąd zmierzasz, ale zorientujesz się działając.”

Nassim Taleb “Na własne ryzyko”

Zauważyliście, że niektóre rasy kotów bez sierści mają tak pomarszczoną skórę, że przypomina ona labirynt? Jakby marszczyły swoją międzyuszną, uzewnętrznioną plątaninę myśli nad zagadką istoty życia. Ciekawe, czy dlatego nazwano je Sfinksami.

Ten obraz mnie prześladował i pewnego dnia postanowiłam zrozumieć, jak to jest żyć z labiryntem na głowie. Odpakowałam z folii jedną z moich nieudanych prób stworzenia modelu kota (dla formy gipsowej), i zabrałam się do jego przekształcania. Godzinami kręciłam szkicem zwierzęcia na wysokim toczku rzeźbiarskim. Studiowałam zdjęcia małych i dużych Sfinksików z różnych perspektyw. Międzynarodowe grono kanadyjskich, rosyjskich, brytyjskich stworzeń w cichym oczekiwaniu przyglądało się moim ruchom z tablicy pełnej wydrukowanych fotografii.

A ja podchodziłam blisko i tylko po to, żeby zaraz się oddalić z niezadowoleniem. Oddalałam się, żeby natychmiast rzucić się nad stołem i coś szybko zmienić w kształcie. Klęczałam pod kotem, zawisałam nad kotem, obcinałam i przyklejałam mu głowę, wydłużałam szyję, żłobiłam fałdki skóry i je zacierałam…  Bez wyraźnego powodu, lecz z wielką determinacją, całymi dniami kręciłam kotem… aż kot zakręcił mną.

Kiedy wspominam to doświadczenie pracy, przychodzą mi na myśl słowa socjologa studiującego m.in. pracę ludzkich rąk, Richarda Sennetta, że rzemiosło to umiejętność organizowania obsesji. Taka sympatyczna “samo-pocieszająca” fraza. Obsesja, w rozumieniu Sennetta to poświęcenie i skupienie uwagi zarówno na rozwoju umiejętności, jak i na jakości wykonanej pracy. To impuls, który powoduje, że osoba podejmująca się zadania pragnie dobrze je wykonać.

Labirynt na głowie kota na pewno pobudził we mnie jakieś impulsy. Przyjemnie jest przez moment połechtać się myślą, że, to przecież nic innego jak prawdziwie “rzemieślnicza obsesja”, ale zatrzymanie się w tym miejscu na planszy rozważań brzmi jak pułapka, a przecież dopiero wkraczamy w opowieść.

Skąd bierze się tak silna potrzeba wykonywania rzeczy i jak się z nią układać?

Nassim Taleb, myśliciel w którym zdarza mi się czasem zaczytać (i często tym konstruktywnie poirytować), spróbowałby odpowiedzieć zapewne kolejnym pytaniem: “może ludzie chcą robić rzeczy – po prostu je wykonywać – ponieważ czują, że stanowi to część ich tożsamości?” Dodałby w tym miejscu, że jego zdaniem rzemieślnicy (w rozumieniu każdego, kto bierze odpowiedzialność za wykonywaną przez siebie pracę) wchodzą do gry świadomi osobistych konsekwencji niepowodzenia. Autor we fragmencie poświęconym rzemieślnikom w książce “Na własne ryzyko” stwierdza “pozbawienie ludzi ich warsztatu pracy, może być okrutne. Ludzie chcą mieć swoją duszę w grze”

Załóżmy istnienie tego wewnętrznego imperatywu. Fascynująca teoria, dla której warto poszukać jakiegoś kontekstu. To wchodzimy do gry głębiej – metaforycznie i dosłownie.

Ludzie Warsztatu w grze

Pod koniec kwietnia 2025, Warsztat Miejski (makerspace, w którym od kilku lat działam i tworzę) został zaproszony do nowej miejskiej inicjatywy, jako jedna z lokalny organizacji twórczych. Bowiem po raz pierwszy w Gliwicach miało odbyć się Biennale Sztuki.

Kategoria “biennale” przyniosła mi od razu skojarzenia z rozmachem i świeżym artystycznym spojrzeniem, które cieszy się powodzeniem w wielkich światowych miastach, stąd w pierwszej chwili pomysł wydał mi się odważny… i mocno abstrakcyjny. W szczególności biorąc pod uwagę potrzebną skalę wydarzenia i jego program – przygotowany tak, aby poruszyć szeroką publiczność pokazując nowe, artystyczne oblicze miasta. Zapowiadało się jak niemałe wyzwanie. Dotychczas, mimo wielu ciekawych oddolnych oraz miejskich inicjatywy, w moim odczuciu, świat Sztuki Współczesnej był w Gliwicach nieco marginalizowany. 

Z drugiej strony, pomyślałam, to przecież szansa na coś nowego, a proponowane w ramach biennale hasło przewodnie “Miasto Sztuki, Sztuka w Mieście” zachęca do poszukiwania połączenia we wspólnym miejscu do życia. Jak się okazało, nie byłam odosobniona w tym myśleniu i wspólna decyzja o dołączeniu naszego stowarzyszenia Warsztatu Miejskiego zapadła bardzo szybko.

Przesłaliśmy propozycję inicjatywy “ART Mejking”, która spotkała się z entuzjastycznym odbiorem. Tak dołączyliśmy do programu. 

Jako oś naszej biennalowej opowieści wybraliśmy dzieła artystów i artystek związanych z naszym stowarzyszeniem. Zależało nam na wplecieniu ich w przestrzeń naszej pracy –  stolarnię, ciemnię fotograficzną, elektrolab, pracownię ceramiczną – w towarzystwie samodzielnie skonstruowanych narzędzi, które niejednokrotnie posłużyły w tworzeniu różnych dzieł. Hasło Biennale “Sztuka w Mieście, Miasto w Sztuce” okazało się bardzo w punkt w kontekście wieloletnich działań w Warsztacie Miejskim, gdzie w duchu samoorganizacji społecznościowej rozwijana jest przestrzeń dedykowana dosłownie “robieniu rzeczy”. Dla ludzi sztuki, rzemiosła i mejkerowych-hobbystów zgromadzonych w i wokół stowarzyszenia, to nie tyle słowa, co faktycznie realizacja marzenia oraz codzienna praktyka. 

Większość prezentowanych prac w Warsztacie podczas tygodnia biennale powstała dzięki współpracy ludzi, którzy dbają o utrzymanie i rozwój wspólnego miejsca. To co je charakteryzuje, to fakt, że w Warsztacie ludzie spotykają się w działaniu.

Na mojej planszy pojawia się kolejny wątek.

Jakie mogą być wartości ze spotkania we wspólnym twórczym działaniu, i co z niego może wynikać dla nas i dla miasta? 

Co to za miasto, które…

Kultura nadmiaru to w dużej mierze efekt charakterystyki sieciowej platformy komunikacyjnej i zaniku szeroko rozumianej instytucji recenzyjnej. 

Prof. Tomasz Szlendak, Kultura nadmiaru w czasach niedomiaru

Tocząc się za króliczkiem po zwariowanej planszy Sfinksa, zawracam w niedaleką przeszłość. W marcu 2024 miałam przyjemność prowadzić swoje autorskie refleksyjno-twórcze warsztaty “W poszukiwaniu kultury leniwej”,  podczas Festiwalu WUD Silesia na ASP w Katowicach. Festiwal nosił znamienny tytuł “Miasto Wiedzy”, a rok 2024 był dla Katowic rokiem nauki, dzięki prestiżowemu wyróżnieniu dla Katowic w postaci tytułu “Europejskiego Miasta Nauki”.

W ramach mojej praktyki warsztatowej w nurcie badań artystycznych, wykorzystuję autorskie ćwiczenia twórcze, eksperymenty i prowokacje do stymulacji procesów produkcji nowej wiedzy. Warsztaty zwykle projektuję w duchu tzw. “poszukiwań”, gdzie wychodzimy od zasobów wniesionych przez grupę, a rezultatem procesu jest stworzona zespołowo opowieść lub inny wytwór zbiorowej twórczości, którą następnie poddajemy analizie w poszukiwaniu nowych znaczeń nawiązujących do wybranego tematu przewodniego.

Podczas festiwalowych warsztatów uczestnicy mieli za zadanie wybudować Miasto “Kultura”. Nie chodziło o dyskusję nad kulturą w mieście, ale właśnie o miasto którym byłaby Kultura, gdyby zamieniła się w dużą jednostkę osadniczą. Wychodząc od tezy, że współczesna kultura jest nadmiarowa, “rozpędzona” i generalnie wszystkiego jest za dużo, taka forma wizualizacji wspólnych doświadczeń kultury,  miała doprowadzić nas do roboczej definicji zawartej w tytule warsztatów –  “kultury leniwej”.

Uczestnicy pracowali w trzech zespołach. Obrazy, które wyłoniły się z ich pracy charakteryzowały się kilkoma wspólnymi cechami, które mogą budzić co najmniej zastanowienie. Abstrahując od tego że na modelach doświadczamy “wszystko, wszędzie, naraz”, to w każdym można zaobserwować segregację, a nawet rozczłonkowanie miasta na zamknięte grupy tematyczne, które przeplatają się tylko dzięki kłębowisku chaotycznej sieci. W tych barwnych projektach, pełnych idei i możliwości oferowanych przez miasto Kultura, pojawia się cień kłębowiska informacyjnego, poczucie zmęczenia, braku wpływu i bezsilności. W jednym z miast nawet zbudowano wieżę, z której mogą skakać ci, którzy zostali “scancelowani z miasta Kultura” lub padli ofiarą linczu.

(projekt Miasta Kultura, wykonany przez osoby uczestniczące w moim warsztacie  @Festiwalu WUD Silesia 2024)

Jednym z materiałów źródłowych, który wykorzystałam do przygotowania warsztatów był artykuł profesora Tomasza Szlendaka, analizujący współczesne zagubienie w kulturze nadmiaru. Autor wnosi w nim, że brakuje narzędzi selekcji, które pomogłyby rozpoznać się i nawigować we współczesnym zalewie treści, słów, przedmiotów, obrazów, a sieci społecznościowe sprzyjają, jak nie w dużej mierze wpływają na ten powszechny zamęt i multiplikowanie się kulturowej oferty.

Myślę, że trzeci projekt Miasta Kultura stanowi całkiem dobrą ilustrację dla tych obserwacji.

(projekt Miasta Kultura, wykonany przez osoby uczestniczące w moim warsztacie  @Festiwalu WUD Silesia 2024)

W trzecim modelu, Miasto Kultura ma kształt postaci ludzkiej. Postać jest wypełniona chmurą myśli – terminami, ideami i konfliktującymi ze sobą zdaniami, które wpadają w nią z góry przez czubek głowy i kumulują się wzdłuż kręgosłupa w całym jej ciele. Tu ekologia miesza się z kulturą produktywności, a kultura współpracy z kulturą rywalizacji. Znalazło się nawet miejsce na odnotowanie konfliktu Biedronki z Lidlem i głebokie filozoficzne pytania “mieć czy być”?

W szerszej perspektywie rysunku, postać próbuje budować relacje z innymi poprzez pętle powiązań w sieci. W tym najbliższym otoczeniu poszukuje możliwości nawiązywania relacji, słucha, patrzy, mówi, szuka… jednocześnie prawdopodobnie zaczyna odczuwać atrofię różnych elementów swego ciała.

W tej wizji Miasto Kultura to człowiek-miasto poszukujący drogi do integracji tak wielu dodatkowych elementów, w już i tak niewielkiej, bardzo złożonej i delikatnej tkance własnej. Wyobrażam sobie tego człowieka-miasto jako takie rozchwiane stworzenie, stawiające niepewne kroki i lawirujące w poszukiwaniu znaczenia i swojej tożsamości.

Ludzie – Miasta, to takie istoty które być może właśnie w tym momencie najbardziej potrzebują wytworzyć swoje własne narzędzia i mechanizmy wspierające selekcję i nawigowanie po nadmiarze wrażeń. Szukają wsparcia w ukierunkowaniu uwagi na to co jest, lub może stać się ważne. 

Miasto ucieleśnione

„Każde wielkie miasto posiada duszę. Niektóre są Przedwieczne jak mity, inne młode i nie mniej niszczycielskie od dzieci.” 

N.K. Jemisin “Miasto którym się staliśmy”

O dopasowaniu naszych wartości do otoczenia może świadczyć na przykład to, że w jakimś miejscu czujemy się dobrze, a w jakimś niewygodnie. Znajdujemy tam coś co cenimy, co nas motywuje do bycia i działania. Albo jest zupełnie odwrotnie – miejsce powoduje w nas dyskomfort lub potrzebę sprzeciwu. Nasze wartości zbliżają nas do obiektów, które są nośnikami podobnych wartości, lub oddalają od tych, które niosą wartości z przeciwnego bieguna. Takim obiektem, takim miejscem może stać się miasto.

A co jeśli Nowy Jork stałby się osobą? 

W fascynującej powieści N.K. Jemisin “Miasto, którym się staliśmy”, Nowy Jork staje się aż sześcioma osobami. W tej fantastycznej wizji, miasta, aby móc się naprawdę narodzić i przetrwać, potrzebują ludzkich awatarów. To wybrane, pośród milionów innych, osoby, które najpełniej oddają swoimi cechami wieloaspektowość miasta.

Uniwersum wykreowane przez autorkę to przestrzeń gdzie wielkie miejskie epicentra multikulturowości to żywe, czujące istoty wyrosłe na setkach lat historii, tradycji, wielopokoleniowych nadziei i napływowych marzeń. W nich zderzają się postawy, rosną konflikty, nierówności, szerzy się przemoc, ale również buzuje sztuka, aktywizm, zaangażowanie… Jednak powoli te masywne organizmy przestają mieć siłę na radzenie sobie z zewnętrznymi uciskami i najazdami. Potrzebują się albo narodzić w swojej sile, albo zostaną pochłonięte. W książce procesy degeneracyjne reprezentują nieludzcy przedstawiciele kosmicznego chaosu, w rzeczywistości inspirowani nieco bardziej realnymi “potworami”. Polecam rozmowę z autorką.

Bohaterowie, którzy w jednej chwili zmieniają się z mieszkańców pięciu nowojorskich dzielnic, w pięć różnych twarzy miasta, to moim zdaniem niesamowity zabieg i dźwignia wyobraźni. W ich relacjach wychodzą ciemne strony, przekonania, lęki, opory, ale też pojawia się zadziwienie historią miejsca, otwiera się przestrzeń dla wrażliwości społeczne i pogłębienia przywiązania. To wcale jednak nie oznacza, że ucieleśnienie wartości i wspólna misja zakopała wszystkie konflikty, a współpraca Bronxu, Brooklynu, Manhattanu, Queens i Staten Island jest oczywistością.

Samo ucieleśnienie potrzeb miasta otwiera jedynie potencjalność zmiany.

(Propozycja pozycji książkowych, cytowanych w tekście.)

Zataczając pętle do tu i teraz 

I tutaj nastąpi płynny przeskok na naszej planszy do Gliwickiego Biennale 2025. 

Idea być może wzięła mieszkańców trochę z zaskoczenia, ale nie każda zmiana musi być procesem ewolucyjnym, prawda? Sztuka, miała się wpisać w szerzej zakrojoną kampanię #ZmieniamyGliwice. Zaznaczę tylko, że nie zagłębiałam się w założenia i nie zawsze jestem z „odgłosami” miasta na bieżąco. Tym razem jednak „morficzna” część mojej natury dobrze zareagowała na słowo “Zmiana”. Wyostrzyłam zmysły, zastrzygłam uszami i starałam się skorzystać z zaproponowanej oferty i artystycznego doświadczenia nie tylko jako twórczyni, ale przede wszystkim jako mieszkanka.

Nie będę recenzować programu i poszczególnych propozycji. Skupię się na atmosferze. To co dla mnie okazało się najważniejsze to fakt, że inicjatywa sprawiła, że czułam prawdziwą chęć uczestnictwa i zatopienia się w mieście z ciekawością. Ciągnęło mnie, żeby wyjść z domu i zobaczyć, poczuć, poszukać, powymieniać się obserwacjami ze znajomymi. Fajnie było razem snuć się po wystawach, słuchać i nawiązywać rozmowy, robić zdjęcia w ciekawie zaaranżowanych pustostanach i doradzać nowo napotkanym osobom co warto jeszcze zobaczyć oraz samemu zbierać polecenia. Dawno nie brałam udziału w tylu nieoczekiwanych wymianach zdań z osobami, których wcześniej nie znałam, w tak swobodny sposób. Wystarczyło gdzieś na chwilę przystanąć przed świetlnym totemem, ustawić w kolejce, albo dłużej się przyglądać jak dzieciaki dobierają się do instalacji artystycznej studentów ASP, a już pojawiała się iskra do rozmowy. I tak cały letni lipcowy tydzień. 

Dla mnie to zupełnie inne doświadczenie, niż uczestnictwo w festiwalu, albo podróżowanie i odkrywanie nowych miejsc. To doświadczenie najbliższego swojemu codziennemu życiu miejsca, które nagle transformuje i staje się inne niż do tej pory. Zdaję sobie sprawę, że za tą inicjatywą stoją miesiące przygotowań, ogromne zaangażowanie ludzi, organizacji, budżety, trudne decyzje i wybory, jednak dla mnie, w rezultacie tych wszystkich procesów, miasto symbolicznie przemówiło i pokazało swoje nowe oblicze.

Czułam się dobrze w nowej odsłonie mojego miasta, a teraz patrząc z perspektywy kilku tygodni, gdy pierwsze wrażenie już powoli opada, myślę, że gdybyśmy byli w realmie J.K.Nemesin, to okazałoby się, że do narodzin miasta jeszcze nam jednak sporo brakuje. Potrzebujemy głosów pozostałych osobowości, nie tylko barwnej i świetlistej, lecz zaledwie nakreślonej, postaci Miasta Sztuki. Tożsamości miasta nie da się zbudować na śnie o Śródmieściu. Ale to niezaprzeczalnie ciekawy początek nowej opowieści.

Co to za zwierzę, które…

“Pojawił się pewnego wieczoru, wkradając się do ich mieszkania przez okno – ot, kolejna zbłąkana dusza szukająca odrobiny ciepła i czegoś do jedzenie – i zaakceptował zastaną sytuację, jakby zawsze tak było, całkowicie niezainteresowany przeszłością czy przyszłością, bo w świecie kotów takie rzeczy nie istnieją.”

Shaun Tan “Opowieści z głębi miasta”

Pewnego dnia w mieście ginie kot. Natychmiast, w różnych miejscach pojawiają się ogłoszenia poszukujących zwierzęcia. Inne imiona pupila, inne adresy opiekunów, ale na zdjęciu ten sam prążkowany typeczek.   

Kota nie interesowały sztuczne granice czy podziały. Chodził gdzie chciał, a gdy drzwi były zamknięte to wskakiwał oknem. Był najlepszym przyjacielem każdego kto go przyjął do siebie. Bohaterki opowiadania Shaun Tana, odnajdują ciałko kota w swoim mieszkaniu. Rozpoznają swojego kota na ogłoszeniach w mieście i spisują z nich adresy, aby poinformować o pogrzebie wszystkich poszukujących. Na miejsce przybywają coraz to kolejni goście. Każdy żegna swojego najlepszego kota na świecie.

Czasem wystarczy tak niewiele, niewielki gest, żeby rozpoznać co nas łączy. Może to zabrzmi banalnie, ale jakoś to zniosę… bo naprawdę chcę wierzyć, że pomimo wielu niesprzyjających warunków, atakującej zewsząd nadmiarowej kultury, omotania w sieci społecznościowych mediów i kosmicznego chaosu, możemy sami tworzyć potencjalności zmiany, a nie tylko czekać aż zmiana sama zapuka do naszych drzwi.

I tu docieramy do miejsca na planszy, w którym postanowiłam chwilowo zatrzymać grę. Otrzymałam satysfakcjonującą odpowiedź na postawione w mojej pracy pytanie Co to za zwierzę, które wyrzeźbione w żywej skale, domaga się uwagi?” 

Labiryntem ulic w Mieście Sztuki, podążając za małymi plakatami Art Mejking trafił do Warsztatu Miejskiego człowiek. Jak wielu i on należał do licznej grupy zwiedzających obiekty gliwickiego Biennale. Pokręcił się, porozmawiał, pooglądał wystawę i pracownie, po czym stwierdził:

“Chętnie będę wracał, fajnie tu macie … i macie kota, który tańczy”. 

Instalacja FIKS, prezentowana podczas ART Mejking w tygodniu Biennale Gliwice. Projekt instalacji i rzeźba – Agata M.Nowak MORFIKA, konstrukcja toczka – Maciej Mastalerz, dźwięk – terapeutyczny kot Gabor